Tatry Tatry Zachodnie

Zima w Tatrach dla początkujących- Grześ, Rakoń, Wołowiec

Zaspaliśmy!

        Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dlaczego tak zaczynam pisać o trzecim dniu naszego zimowego urlopiku? Bo kolejny raz zaspaliśmy ;D Wstajemy o godzinie, w której mieliśmy wyjechać ze Szczawnicy. Wszystko przez to, że M. źle nastawił swój budzik. Ja tam zła nie byłam, bo mogłam spokojnie spać o godzinę dłużej. Ale M. nie był zadowolony z takiego początku dnia. Bez słowa pakujemy szybko nasze rzeczy i czekamy aż woda do termosów się w końcu zagotuje (czajnik w pokoju był pół litrowy). Trwało to chyba wieczność. Wsiadamy do samochodu i wybieramy jedyny słuszny kierunek –> Tatry!! 

Polana Chochołowska
Poranek na Polanie Chochołowskiej

Cel: Wołowiec przez Grzesia i Rakoń

Zimno, zimno, co raz zimniej!

Najlepsze zostawiliśmy sobie na koniec i słusznie, bo pogoda zapowiadała się prawie idealna. Wraz z powoli wschodzącym słońcem dojeżdżaliśmy do Siwej Polany od strony Chochołowa, gdzie zaparkowaliśmy.  Wysiadamy z auta ubieramy raczki a nasze ciała prawie zamarzły. Podskoki, pajacyki i  trucht dają oczekiwane efekty dość szybko. Jednak dystalna cześć kończyn górnych dalej pozostaje skostniała. Dookoła piękne widoki wschodzącego słońca na pobliskie szczyty, a w głowie jedna myśl: dziewczyno chyba cię mocno pogięło jeśli myślisz o zrobieniu zdjęć. Pogięło mnie, ale odważyłam się tylko na jedno ujęcie 😀 Musi wystarczyć, teraz czas na dalsza walkę w głowie i wmawianie sobie że wcale nie jest zimno. Nawet M. stwierdził, ze to dzisiejsze opóźnienie na dobre nam wyszło, bo wcześniej byśmy chyba zamarzli. Swoją drogą może ktoś poleci dobre rękawiczki 😀 

Schronisko budzi się do życia

Uff..mija godzina, do schroniska już niedaleko a nasze organizmy przyzwyczajają się do panującego chłodu. Widzimy pierwszych turystów na swoim dzisiejszym szlaku, którzy pewnie wyruszają ze schroniska. Dodaje nam to otuchy i odwagi. To nasz drugi raz w wyższych górach zimą, wiec bierzemy pod uwagę odwrót na szlaku jeśli nie damy rady. Warunki pogodowe są idealne, wchodzimy do schroniska na szybkie pierwsze śniadanie i w górę. Jest  niewiele po godzinie 8, a w  środku turyści dopiero budzą się do życia. Nawet woda w bemarze jeszcze niezagotowana. Opłacało się rano czekać na zaparzenie herbaty w termosach.

Cel numer jeden? Grześ!

Podekscytowani wyprawą wyruszamy na szlak. Ścieżka początkowo prowadząca przez las jest dobrze wydeptana, przez co idzie się bardzo przyjemnie. W mgnieniu oka dochodzimy na Grzesia. Okazuje się, ze nasz wierny kolega wiatr postanowił nam towarzyszyć również ostatniego dnia urlopu. Nie mamy wątpliwości co dalej. Kierujemy się w stronę Wołowca, najwyżej zawrócimy u jego podnóża. Z daleka widać jak wiatr szaleje na jego szczycie rozdmuchując sypki śnieg, który spadł poprzedniej nocy. Na samej górze może być ciężko, ale dopóki twardo kroczymy po grani, chwytamy każda chwilę na podziwianie widoków. Po naszej prawej stronie pięknie prezentuje się Babia Góra. Po lewej zaś całe Tatry Zachodnie.

Grześ
Na szczycie Grzesia

Kierunek Wołowiec!

Na swojej drodze mijamy turystów po uszy wyposażonych w sprzęt najwyższej klasy. Dyszą i sapią a górskie pozdrowienia puszczają bokiem. Przez chwile pomyślałam, że aż wstyd atakować zima szczyty w moich raczkach i pożyczonych od taty starych kijkach. Po kilkunastu minionych turystach, wizualnie podobnych do wyżej opisanych, nabieram pewności siebie. W końcu liczy się nie sprzęt a kondycja i rozsądek. Krok w krok idę za M. dorównując mu tempa, mimo iż wiatr jak zawsze wieje prosto w twarz. Stajemy na Przełęczy pod Wołowcem, skąd sam Wołowiec nie wyglądał zachęcająco ze względu na porywisty wiatr. Widzimy kilkoro górołazów na szczycie, spokojnie schodzących w dół. Wystarczyła tylko jedna wymiana wzrokowa i jednogłośnie a nawet bezgłośnie podejmujemy „atak szczytowy” 😀 

Cel? Wołowiec!
Cel? Wołowiec!
Rohacze
Rohacze w zimowej odsłonie
Wołowiec
Wołowiec czeka na jego zdobycie

Szczyt zdobyty!

Mieliście kiedyś tak, że cały czas idziecie do przodu, ale podmuch wiatru sprawia wrażenie stania w miejscu?? To uczucie dopada nas na samym początku. Chyba zawrócimy. Tak to byłoby rozsądne. idzie się całkiem dobrze ale na górze głowy urywa. M. zatrzymuje się, czeka na mnie i chyba myśli podobnie.  Coś do mnie mówi: wiatr.. pójdziemy.. przeczekamy..  Przez ten hałas nie rozumiem co do mnie krzyczy. Nie możemy stać za długo w jednym miejscu, trzeba podjąć jakąś decyzję. Wydawało mi się, że M. chce iść na szczyt. Więc myślę sobie wariat, no ale dobra idę (wcale tak nie myślał). Momentami było nieprzyjemnie, nogi zapadały się w nasypanym śniegu. Ale większość drogi podchodziło się bardzo dobrze, a raczki idealnie trzymały się śnieżnej powierzchni. Po wejściu na szczyt pogoda na chwilę się uspokaja. Szczęśliwi i zadowoleni z podejścia robimy szybkie selfie. Mnie ponosi radość i musiałam, uwierzcie! musiałam zrobić samolot na wierzchołku przysypanego znaku. Bo jak szaleć, to kiedy jak nie w takich miejscach.

Wołowiec
Na szczycie Wołowca
Wołowiec zdobyty
Natalia zawsze musi poszaleć. Na szczycie Wołowca

Bezpieczne zejście

 Koniec tego dobrego. Czeka nas jeszcze bezpieczne zejście tym samym szlakiem do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Już na spokojnie pytam M. skąd ta decyzja o wejściu na szczyt w taki wiatr. Okazało się, że chciał zawrócić i nawet podobno tak powiedział. Zdziwił się jednak, że ja zamiast zawrócić zaczęłam podchodzić do góry. Haha no jak widzicie nie zawsze rozumiemy się bez słów, a i z nimi też bywa ciężko. Tym razem wyszło nam to na naszą korzyść. Zdecydowanie musimy popracować nad naszą komunikacją w związku i na szlaku 😀

Widok na Starorobociański Wierch
Widok na Starorobociański Wierch

A Wy mówicie „cześć” w górach?

 Na zejściu mijamy turystów, których wcześniej spotkaliśmy. Kolejny raz bez słowa. No trudno, czasy się chyba zmieniają. Zawsze kojarzyłam góry, a szczególnie Tatry z taką otwartością innych górołazów. Pewnie jeszcze tacy są, ale niestety spotykamy ich coraz rzadziej. Góry stają się coraz bardziej dostępne. To dobrze, jednak powinniśmy odróżniać wybiegi mody od szlaków pod gołym niebem. Pamiętajmy przy tym o tradycji i zwyczajach jakie tam panują. Droga powrotna mija nam błyskawicznie ,a ja ciągle nie mogę zrozumieć pewnych zachowań w górach.  

Mana dzielnie towarzyszy nam na szlaku
Mana dzielnie towarzyszy nam na szlaku

Schronisko opuszczamy czym prędzej….

Schronisko w Dolinie Chochołowskiej jest przepełnione turystami. Jak zawsze w biegu wcinamy swoje wcześniej przygotowane posiłki. Podbijamy pieczątkę w naszym notesie i uciekamy, dosłownie uciekamy z tego miejsca. Za swoimi plecami pozostawiamy górskie szczyty Tatr…. z nadzieją, że gdy wrócimy tu następnym razem, znowu zauroczą nas swoim pięknem.

Schronisko PTTK Dolina Chochołowska
Widok ze schroniska w Dolinie Chochołowskiej na Kominiarski Wierch

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *